Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 19

    Zanim dowiedziała się kto to, wiedziała, kim był. To było oczywiste, widząc jak studenci i naukowcy uciekali z okolic falistej, galwanizowanej fontanny, starając się zachować tyle dobrych manier, ile potrafili.

    Odpoczywała na jednej z platform, które wdzięcznie wcinały się w główny basen. Jej bose nogi dyndały w lekko musującej wodzie, a na twarzy i piórach czuła chłodzący wodny pył, który wytwarzały dysze fontanny. Trójskrzydłe Pligansy siedziały na powykrzywianych pasach metalu o tęczowych barwach i cicho do siebie syczały, nie przerywając dokładnego przepatrywania wody pod sobą, w poszukiwaniu utopionych, albo dryfujących owadów. Spokojnie krążące elementy fontanny nie zakłócały im spokoju.

    Wodne kwiaty rosły obficie w stojącej wodzie zbiornika. Ich gwiaździste, zielone liście pokrywały większość nakrapianej słońcem powierzchni. Mokersy o okrągłych twarzach i błyszczących oczach pod ich osłoną konkurowały z Pligansami o chitynowy pokarm. Oczywiście pozwolono się rozmnażać tylko tym, których kolor skóry pasował do nawierzchni otaczającej fontannę.

    W to idylliczne otoczenie wkroczyła postać, która wszystkich, z wyjątkiem jednej, ekscentrycznej uczonej, wyprowadziła z równowagi.

    Dziwnie było widzieć go w cywilnym ubraniu. Wiedziała, że to wcale nie oznacza, że porzucił wojsko. Część jej współplemieńców sądziło, że Ziemianin nigdy nie może całkowicie porzucić kariery militarnej.

    Gdy się zbliżał - zaczęła studiować jego twarz. Choć wielu Waisów potrafiło mówić relatywnie prostym językiem, było prawdopodobnie mniej niż tuzin osobników, którzy mogli szybko i poprawnie interpretować wyraz twarzy Ziemian, bez uciekania się do materiałów źródłowych.

    Ci, którzy dotąd relaksowali się wokół fontanny, uciekali z rozczochranymi czubami, starając się jak najbardziej oddalić od nadchodzącego Ziemianina. Ci, którzy wiedzieli o Lalelelang spoglądali w jej kierunku i szeptali coś do swych towarzyszy, gdy myśleli, że nie patrzy.

    Jako, że nie mogła uśmiechnąć się zewnętrznie, uśmiechnęła się do siebie. Ziemianin otworzył sobie przejście przez uniwersyteckie tereny równie łatwo, jak starożytne statki rozcinały fale Morza Popememem.

    Teraz stał blisko, patrząc na nią przez fotochromatyczne szkła, których Ziemianie używali, by zmniejszyć blask słońca Mahmaharu. Ich wzrok był ostrzejszy, niż Waisów, a ich oczy, bardziej wrażliwe. Najlepsi z jej przyjaciół uciekliby z trwogi, zrodzonej z takiej bliskości. Ona po prostu uniosła czubek skrzydła w pozdrowieniu.

    - Minęło dużo czasu, Lalelelang.

    - Wiele lat. Czy twoje życie upływa spokojnie, pułkowniku Straat-ien?

    Poruszył mięśniami twarzy, by okazać uczucia. Jak zwykle fascynowało ją ich działanie.

    - Ciągle masz trudności z nazywaniem mnie Nevan.

    - Już dawno temu wróciłam do cywilizowanego zachowania Waisów. Mogę cię nazywać jak zechcesz, Nevan, w tylu językach, w ilu zechcesz.

    - I kilka razy to zrobiłaś, o ile sobie przypominam.

    Odsuwając się na brzeg platformy, zatoczyła opadający łuk skrzydłem. Nie wiedziała, czy rozpoznał ten gest, ale i tak usiadł koło niej. Jego wielkość już jej nie denerwowała, ale wciąż prowokowała zdziwione komentarze wśród tych, którzy jeszcze nie uciekli z okolic fontanny.

    - Musi być coś bardzo ważnego, że po raz drugi przyjechałeś na mój świat.

    Wędrował wzrokiem po wypielęgnowanych terenach, nieskazitelnie uformowanych wzgórzach, dziwnych drzewach i krzewach. Gdy jego spojrzenie napotykało na któregoś z ciekawskich Waisów, pospiesznie i niepewnie odwracali oni oczy.

    - Tego, co muszę ci powiedzieć, nie mogę powierzyć nawet zabezpieczonym, międzyplanetarnym kanałom komunikacyjnym. Potrzebuję twojej pomocy.

    Zesztywniała w widoczny sposób.

    - Udzieliłam ci pomocy póki trwała wojna. Teraz oddaję się swoim badaniom w ciszy i spokoju, jak przystoi komuś w moim wieku.

    - A co z twoją wielką hipotezą?

    - Przysparza mi mniej trosk, niż kiedyś.

    Pokiwał głową.

    - Niektórzy ludzie sądzą, że choć wojna oficjalnie się skończyła, jej duch ciągle jest obecny.

    Rozważyła to, po czym wyjęła nogi z wody.

    - Chodźmy się przejść. Zbyt długo siedziałam na słońcu.

    Czubek jej głowy sięgał mu jedynie do dołka. Poprowadziła go na zielono-żółtą łąkę, ocienioną drzewami o szerokich liściach. Jaskrawo ubarwione, małe skrzydlaki śmigały i wirowały nad trawą. Zakres ich lotu ograniczony był delikatnym migotaniem pola siłowego. Mała grupa studentów obserwowała jakieś zamknięte w klatkach stworzenia, ale gdy zauważyli nadchodzących, szybko się oddalili.

    Wojna skończyła się dawno temu. Jej życie ułożyło się w wygodny schemat. A teraz pojawił się ten duch z trudnej przeszłości, ten Ziemianin. Wtargnął na powrót w jej życie z żądaniami, których doniosłość mogła sobie jedynie wyobrażać. On, bez wątpienia, nie uważał tego za obcesowe, ale czego w końcu można oczekiwać po owłosionym naczelnym?

    Przysiadła pod najbliższym drzewem spuszczając stopy do kolejnego zbiornika, będącego miniaturą tego, który opuścili. On jako tymczasowe siedzisko wykorzystał fantazyjnie umieszczony, połamany pień.

    - Jestem gotowa - westchnęła z rezygnacją. - Opowiadaj.

    Wyjaśnił dokładnie i z dyskretnym ożywieniem.

    Gdy skończył, zapatrzona była na żywopłot, który tworzył zielono-purpurową barierę na odległym końcu łąki. Obsypany był dojrzewającymi, czarnymi jagodami. Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że nie będzie miała czasu, by je zrywać. Kamienie w jej trzewiach zadźwięczały.

    Pajęczak polujący w pobliskich krzewach plunął globulką lepkiego śluzu w pożywiającego się miodojada. Usidlony i obciążony kleistą kroplą owad opadł spiralą na ziemię, bezskutecznie walcząc o uwolnienie skrzydeł. Pomyślnie wystrzeliwszy ładunek sprężonego powietrza i lepiszcza ze specjalnego worka, pajęczak rzucił się na łup, pokrywając go swym pasiastym odwłokiem.

    Ta scenka przypomniała jej o czymś.

    - To musi być część zmowy Ampliturów - wyjaśniał Straat-ien. - Ten Cast-creative-Seeking nie może działać na własną rękę, albo w imieniu jakiejś małej grupki renegatów. Indywidualna inicjatywa jest obca temu gatunkowi. - Twarz jej przyjaciela wykrzywił grymas. - To jest wbrew Celowi. Ampliturowie wszystko robią jednomyślnie.

    - Jeśli szczegóły twoich informacji są prawdziwe - oświadczyła wyważonym tonem - to mamy tu do czynienia z całkowicie nową i poprzednio nieuwzględnioną polityką Ampliturów. Prawda jest wystarczająco przejrzysta. Chcą pomóc Ziemianom przejąć kontrolę nad Gromadą, a potem spróbują uzyskać władzę nad Ziemianami. Użyją twoich braci do zdobycia tego, czego sami nie potrafili zdobyć.

    - Oni twierdzą, że chcą tylko doradzać - odrzekł.

    Gestykulowała z rozmachem:

    - Tak jak doradzali Krygolitom, Mazvekom i wszystkim pozostałym byłym sojusznikom. - Głos jej przycichł. - Musisz im oddać sprawiedliwość. To jest bardziej subtelne. Dużo bardziej subtelne. To jasne, że włożyli wiele wysiłku, by was lepiej poznać. Chcieli nie tylko wykorzystać waszą powojenną frustrację, ale i waszą rasową pychę. - Jej oczy powoli się rozszerzyły, gdy zaczęła kojarzyć jego obecność ze swoją oceną wydarzeń. - Chyba nie myślisz, że to się może udać?

    Straat-ien na próżno próbował zidentyfikować coś zwisającego z niskiej gałęzi drzewa, po drugiej stronie łąki.

    - Nie wśród ludzi wykształconych. Ale jeśli chodzi o wielką masę prostych Ziemian, to szczerze mówiąc, nie wiem. Mój gatunek zawsze pociągały marzenia o absolutnej władzy. To stwarzało problemy od zarania cywilizacji. Potencjalni despoci, jak ten generał Levaughn, spełniają zwykle rolę zapalnika.

    Pióra na jej piersi drżały od szybkiego oddechu pod jaskrawo ubarwionymi pasmami metalizowanej materii.

    - Wiesz, że jeśli rodzaj ludzki ucieknie się do przemocy, by wyrównać prawdziwe, czy wyimaginowane krzywdy, Gromada będzie zmuszona stosownie zareagować.

    - To nie miałoby znaczenia. - Nie patrzył na nią. - Nie mielibyście szans.

    - Massudzi by walczyli, a jeśli chodzi o logistykę, to wy nie mielibyście szans.

    - Może - przyznał. - Ale z pomocą Ampliturów i ich wielu byłych sprzymierzeńców, nie wiem. Siły mogłyby być wyrównane.

    - Bez względu na rezultat, Ampliturowie wyjdą z tego wzmocnieni - powiedziała z goryczą.

    - Nie mogliby nas kontrolować.

    Z jej dzioba dobyło się zniecierpliwione klikanie:

    - Oni nie chcą was kontrolować. Oni chcą was zorganizować. Jesteście wspaniałymi wojownikami, ale nie jesteście zbyt rozwinięci w pozostałych sprawach. Ampliturowie są prastarzy i mądrzy. Myślę, że gdyby było potrzeba, to posunęliby się nawet do poświęcenia kilku z nich, by was przekonać. Zrobią wszystko, co konieczne, by zdobyć wasze zaufanie. Wtedy, za sto lat, albo za tysiąc, albo jeszcze później, wasza rasa zorientuje się, że spełnia ich polecenia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Bo gdy dacie im dość czasu, ich inżynierowie od neurologii znajdą sposób, by zrównoważyć, obejść, albo w inny sposób pokonać specyficzne mechanizmy obronne waszych umysłów. Gdy to się już stanie, okaże się, że sugerują was tak samo, jak sugerowali Waisów, czy Massudów. Będziecie janczarami, a niezależna inteligencja stanie się tylko wspomnieniem w całej galaktyce. A co najgorsze, będziecie wierzyć, że to właśnie w y panujecie nad sytuacją.

    - Tak właśnie widzi te rzeczy większość z nas w Kadrze. Ale nie wszyscy. Jeszcze nie. W takiej chwili dobrze jest poznać zdanie kogoś, kto nie jest Ziemianinem.

    - Więc przyleciałeś do mnie. - Obserwowała ciemny kształt, który z gracją przemykał w wodzie obok jej stóp, zainteresowany jedynie jedzeniem i rozmnażaniem. W tym momencie przytłaczał ją ciężar całego życia pełnego trudnej pracy i pozazdrościła pływakowi prostoty egzystencji. Nie mogła być tak szczęśliwa, bowiem ciążyło na niej przekleństwo inteligencji.

    - Jestem zmęczona, Nevan. I choć bardzo obawiam się o przyszłość, jestem coraz mniej przekonana, czy powinnam zajmować się jej naprawianiem. Przy mojej polityce nie angażowania się, nie kusi mnie to, ani nie prześladuje. Moje otoczenie sprawia mi przyjemność, a od czasu do czasu bywam nawet obdarzona studentem, który wydaje się być szczerze zainteresowany moją powszechnie nielubianą dziedziną wiedzy. Perspektywa angażowania się w jakąkolwiek nie-waisowską działalność przeraża mnie.

    - Skąd wiesz, że chciałem prosić cię o coś więcej, niż twoja opinia?

    Patrzyła prosto na niego dużymi, okrągłymi i błękitnymi oczyma.

    - A nie chciałeś?

    Tym razem to Ziemianin odwrócił wzrok.

    - Musisz nam pomóc w tej sprawie. Jesteś jedyna, Lalelelang. Wiesz o nas więcej, niż jakikolwiek inny nie-Ziemianin. To czyni twoją opinię nieocenioną.

    Nie odpowiedziała. Rozglądała się za ciemnym kształtem pływaka w sadzawce. Znikł, odpłynął gdzieś w cień liści wodnych lilii, gdzie wiedziała, że mimo narastającej trwogi nie może za nim podążyć. Wydała długi, tęskny trel. Każdy przeciętny słuchacz-Ziemianin uznałby go za piękny. Straat-ien jednak wiedział, co on oznacza.

    - Ilu ważnych, czy wpływowych Ziemian udało się Ampliturowi do tej pory przekonać?

    Straat-ien nie tracił czasu, by jej dziękować:

    - Według naszej wiedzy, która, trzeba przyznać, jest ograniczona Jedynie Levaughna i kilku jego młodszych oficerów.

    - To dobrze.

    - Na jakiekolwiek działanie w końcu zdecydujemy się - musimy być bardzo ostrożni. Jak wiesz, Lalelelang, mamy swoje własne tajemnice, których musimy strzec.

    Przypomniała sobie prosty, ludzki gest i kiwnęła potakująco głową.

    - Wiem, że nie potraficie wpływać na innych Ziemian - powiedziała zamyślona historyczka - ale czy nie moglibyście odpowiednio zasugerować tego Amplitura?

    - Rozważamy taką możliwość, ale jest z nią związane dodatkowe niebezpieczeństwo. Umysł Amplitura jest podobny do naszego, ale nie identyczny. W przeciwieństwie do nas, nie ma wbudowanej neurologicznej obrony przeciw sugestii, ale jest bardzo wrażliwy na wtargnięcie w mózg. Jeśli spróbujemy go zasugerować, żeby przestał robić to, co robi i powrócił na swój świat i coś by się nie powiodło, oni mogą się zorientować, że istnieje Kadra. Mogą doprowadzić do tego, że ich ziemiańscy pomocnicy, jak Levaughn, zwrócą się przeciwko nam.

    - Zgadzam się, że musicie postępować ostrożnie, ale miałam na myśli coś więcej, niż tylko przekonanie ich, żeby przerwali próby podporządkowywania sobie twoich braci.

    Straat-ien był zdezorientowany:

    - Nie tego chcemy?

    - W zasadzie tak. Ale czemu by ich przedtem nie wykorzystać?

    - Nie bardzo rozumiem o czym mówisz.

    Przez chwilę myślał, że zapomniała ziemiańskiego języka.

    Zamrugała do niego rzęsami.

    - Oprócz zmuszenia ich, by się wycofali ze swej działalności, czemu nie zasugerować, by wyjawili prawdziwe motywy kryjące się za niespodziewaną ofertą pomocy?

    - To może być trudne, jeśli rzeczywiście, w ich mniemaniu, mówią prawdę. Poza tym, mówiono mi, że wśród ziemiańskich popleczników Ampliturów jest sporo takich, którzy podejrzewają ich o ukryte motywy, ale jest im to obojętne.

    Lalelelang nie potrafiła ukryć szoku.

    - Studiowałam wielu przedstawicieli twojego gatunku, ale wciąż trudno mi uwierzyć, że są wśród was indywidua aż tak żądne władzy.

    - Uwierz mi, Laielelang, są. Nie jest mi przyjemnie przyznawać się do tego, ale właśnie z nimi mamy tu do czynienia.

    - Trzeba ich natychmiast powstrzymć.

    - Zgadzam się. Myślę, że twój pomysł, aby przymusić Ampliturów do wyspowiadania się, ma sens. To nic nie zaszkodzi, a może wstrząsnąć zdrajcami ze świty Levaughna.

    - Jak zamierzacie działać? - spytała.

    - Na szczęście od samego początku mamy kogoś wewnątrz spisku. Myśli, że może wprowadzić tam mnie.

    - Nie będą nic podejrzewać?

    Straat-ien wzruszył ramionami.

    - Jestem wysokiej rangi oficerem z dużym doświadczeniem i długim stażem na froncie. Nie mam żadnych powiązań z wywiadem. Reprezentuję dokładnie taki typ, jaki Levaughn chce skaptować. Myślę, że to się powinno udać. Jak już będę wewnątrz, znajdę jakiś sposób, by się zbliżyć z Ampliturem. Gdy uznam, że nadszedł właściwy moment, poddam go najbardziej przekonującej sugestii, jakiej kiedykolwiek próbowano. Jeśli chodzi o twoją propozycję, to jest ona dobra. Przedstawię ją Radzie Kadry. Jeśli ją zaaprobują, będziesz wiedziała, jakiego sposobu próbujemy. - Uśmiechnął się czule. - Jeśli jeszcze o mnie usłyszysz, będziesz wiedziała, że wszystko dobrze poszło. Jeśli nie... - Znów wzruszył ramionami. - Nie możemy wszystkiego przewidzieć.

    - Chcę tam być.

    Zamrugał, odwracając się od leśnego krajobrazu, by spojrzeć na elegancką, kruchą istotę, siedzącą obok sadzawki.

    - Co rozumiesz przez "tam"? Levaughn jest na Dakkarze. To planeta Ziemian bardziej deprymująca dla Waisa, niż wielorasowe pole bitwy.

    - Nie bierzesz pod uwagę mojego doświadczenie w tych sprawach, ciągle chcesz mi dyktować, co mam robić? Ćwiczenia i medykamenty, które wynalazłam, by umożliwić sobie branie udziału w walce, zostały udoskonalone. Potraktuję tę podróż, jako wyprawę naukową.

    - Za każdym razem, gdy cię widzę, myślę sobie, że już cię znam i za każdym razem udaje ci się mnie zaskoczyć. - Wstał, górując nad nią, a ona przemogła naturalny impuls, nakazujący ucieczkę od jego wyniosłej, groźnej postaci. - Gdybyś była Ziemianką...

    - Proszę cię, stary przyjacielu, moje wnętrzności wystarczająco trzęsą się już od samego przypuszczenia. Nie przyczyniaj się do zwiększenia mego zdenerwowania. - Stanęła obok niego, lekceważąc oferowaną pomoc. Niebieskie oczy przyglądały mu się zza gęstych rzęs, które dziś pomalowane były na zielony, opalizujący kolor. - Jeśli mielibyśmy dla zabawy pozastanawiać się, co by było, gdyby było, to wolałabym już, żebyś był Waisem.

    - Nie, dziękuję. - Bezskutecznie próbował stłumić uśmiech. - Pióra wywołują u mnie kichanie. Jak sądzisz, dlaczego zawsze marszczę nos w twoim towarzystwie?

    Jej dziób miękko zaklekotał.

    - Przez te wszystkie lata zastanawiałam się nad tym i nigdy na to nie wpadłam. Przywoływałam całą moją znajomość ludzkich ekspresji. Myślałam, że to przejaw wstrętu, który uprzejmie ignorowałam.

    - Nie - mruknął. - Może tak było przy naszym pierwszym spotkaniu, ale od tego czasu odczuwam dla ciebie tylko podziw, Wielmożna Akademiczko Lalelelang,

    - Miło mi to słyszeć. Lepiej później niż wcale. Proszę, ruszaj w stronę budynku. Towarzystwo wody i Ziemianina razem, wprawia mnie w niepokój.

    Pospieszył we wskazanym kierunku, wierząc jej bez zastrzeżeń. Nie wiedział, że to wybieg, którego użyła, by uniknąć innych myśli i innych uczuć.



Strona główna     Indeks